A mówią że nieładnie mieć myśli złe
Trochę ich mam
Zabierz sobie ile chceszZa każdy błąd zapłaczę się
Później łzy podgrzeję i
Wyparują bóg wie gdzie
Nie lubię dni, kiedy nic nie muszę robić. Nie umiem ich pozbierać. Rozpadają się w przedziwną grząską maź, jak gotowane zbyt długo pierogi ruskie. Farsz wypływa na wierzch, woda staje się lepka i mętna. Nie można z niczym już dojść do ładu, a każdy, nawet cały i przyzwoity, pieróg z takiej wody wynurza się brudny i nieapetyczny.
Nie lubię takich dni za to, że czuję się wtedy jak bohaterka kiepskiego filmu. Choć mówią, że pokuszenie to nie grzech. Jednak w domu czuję się jak w muzeum. Boję się po nim chodzić bez przewodnika, bo na każdym kroku wyrasta nowy eksponat. W kuchni poniewierają się, bez duszy już, butelki po ruskim szampanie. W łazience została szczoteczka i ręcznik, których nie ja używałam. Na krześle wciąż wisi koszulka, która nie była moja piżamą. Tylko na łóżku leży porzucony Pluszowy Lew, mój własny.
A na podłodze siedzę ja. Rozmyślam. O rzeczach, które są bezcenne. I o rzeczach nie wartych swej ceny.
O rzeczach myślę.
Staram rozchodzić nowe myśli, jak nowo zakupione skórzane buty, które zawsze na początku uwierają. W drodze do łazienki zastanawiam się, jak daleko jeszcze posunie się lawina zdarzeń (zdarzonek) i odkręcając do oporu kurek zagłuszam wodospadem miejsko-kanalizacyjnym łomot serca. Za oknem dnieje. We mnie się ściemnia.
I w horoskopy już nie wierzę, choć w czarne koty tak.

