Posts Tagged ‘oglądamy się’

Hors de prix.

July 11, 2009

A mówią że nieładnie mieć myśli złe
Trochę ich mam
Zabierz sobie ile chcesz

Za każdy błąd zapłaczę się
Później łzy podgrzeję i
Wyparują bóg wie gdzie

Nie lubię dni, kiedy nic nie muszę robić. Nie umiem ich pozbierać. Rozpadają się w przedziwną grząską maź, jak gotowane zbyt długo pierogi ruskie. Farsz wypływa na wierzch, woda staje się lepka i mętna. Nie można z niczym już dojść do ładu, a każdy, nawet cały i przyzwoity, pieróg z takiej wody wynurza się  brudny i nieapetyczny.

Nie lubię takich dni za to, że czuję się wtedy jak bohaterka kiepskiego filmu. Choć mówią, że  pokuszenie to nie grzech. Jednak w domu czuję się jak w muzeum. Boję się po nim chodzić bez przewodnika, bo na każdym kroku wyrasta nowy eksponat. W kuchni poniewierają się, bez duszy już, butelki po ruskim szampanie. W łazience została szczoteczka i ręcznik, których nie ja używałam. Na krześle wciąż wisi koszulka, która nie była moja piżamą. Tylko na łóżku leży porzucony Pluszowy Lew, mój własny.

A na podłodze siedzę ja. Rozmyślam. O rzeczach, które są bezcenne. I o rzeczach  nie wartych swej ceny.

O rzeczach myślę.

Staram rozchodzić nowe myśli, jak nowo zakupione skórzane buty, które zawsze na początku uwierają. W drodze do łazienki zastanawiam się, jak daleko jeszcze posunie się lawina zdarzeń (zdarzonek) i odkręcając do oporu kurek zagłuszam wodospadem miejsko-kanalizacyjnym łomot serca. Za oknem dnieje. We mnie się ściemnia.

I w horoskopy już nie wierzę, choć w czarne koty tak.

Werbalna obstrukcja

June 21, 2009

Płachta na byka. Tak właśnie działa na mnie kursor migający w polu tekstowym. Choć nie tylko on, białe pustkowie pola edycyjnego, które następuje tuż po nim i ciągnie się w nieskończoność potencjalnych znaków szyderczo niefalujących niewidocznym nie-napisem  TU NIC NIE  MA. Nie, nie nie-napisem, raczej nie-neonem.

Burzliwemu nastrojowi do wtóru przygrywa nie mniej burzowy stan atmosfery. I edukacji. Podobno sesja jest, co poniekąd tłumaczyłoby ten natłok spędów uczelnianych i obowiązujące na nich zasady dobierania przyodziewku.  A ja uskuteczniam nadal manifestację własnego lenistwa i uparcie pretenduję do tytułu Obiboka Roku, warto nadmienić, że nader skutecznie,  oraz odkrywam trzysta  potraw z ryżu i makaronu (niekoniecznie łączonych).

Pochłaniają mnie także gry: Wiedźmin i The Sims 3 oraz planowanie pierwszego wyjazdu na Woodstock, na którym to mam zamiar doświadczyć tego, co znajome mi jest li tylko z cudzych przekazów (korzystając z uprzejmości nawiasu – jeśli ktoś chce się dołączyć do planów, będzie zapewne mile widziany) oraz słucham o krowach i buhajach ( o krowach, bo Tajka  ma egzamin z hodowli bydła, a o buhajach, bo Tajka ma również innowacyjne pomysły odnośnie czasowego okrojenia mobilności męskich organów rozrodczych, poprzez szalenie nowatorską zmianę sposobu przytwierdzenia tychże organów do ciała [wedle jej autorskiego pomysłu – na rzepy], co umożliwiłoby powrót do czasów, jakże zacnej, wierności absolutnej).

Nadal jestem najedzona, choć już nie tak wyspana.

I nadal też jest wakat na stanowisko Rycerza (zakuty łeb i bieganie z lancą na wierzchu nie jest wymagane).

Wtedyzm

May 21, 2009

[uwaga, notka może zawierać słowa powszechnie uznawane za wulgarne]

Jako niereformowalna wręcz interpretatorka przeszłości żyję w epoce funkcjonującej pod roboczym mianem wtedyzmu, ta wdzięczna nazwa (skądinąd odautorska) zawiera w sobie bowiem klucz do wszystkich zaczynków frustracyjnych, jakie kiedykolwiek byłam w stanie zamotać w słowa, albo chociaż upchnąć między wierszami. W końcu, co jest powszechnie prawdą powszechnie znaną, już nigdy nie będzie tak jak WTEDY. Co powinno napawać wszystkich zrozumiałym smutkiem (bo mnie na ten przykład napełnia kurewsko dobrze, po same brzegi), bo przecież WTEDY było tak dobrze. W sumie, tak dobrze, jak NIGDY. Założeniem programowym przedstawicieli epoki wtedyzmu jest oczywiście głębokie rozczarowanie zastaną rzeczywistością, skutkujące frustracjami rozlanymi na wszystkie przejawy twórczości, a nawet życia (wtedyści oddychają w cyniczny sposób). Powyższe oczywiście idzie w parze z wstrętem do zrywów idealistycznych pomysłów zmiany świata.

Wtedyści jednak mogą pozwolić sobie na luksus lania na rzeczywistość z góry założeń, aż po sam dół (cóż za rozkosznie dwojakie znaczenie) komunikacji. RL jest LOL, a w ogóle to ROTFL, głaskacze, sracze i BRB. Mam przeczucie, że opozycyjny jakiś obóz twórczy (np. taki wdupiemających albo życiemsięradujących, czy jakikolwiek inny), zapewne przy użyciu jakiejś (o tyleż błyskotliwej, co miałkiej) riposty sprowadziłby wszystko do roli bełkotliwej noci blogaskowej. Choć może nawet nie. Obecnie wystarczy emotka (emotkion-srikon).

Do czego właściwie zmierzam?

Ano do tego, że mierzi mnie ostatnio zbyt wiele rzeczy. Ale czyż nie powinno? Skoro już uzurpuję sobie tytuł chędożonej (e-e) filolożki, w takim wypadku czy nie będzie reakcją naturalną intelektualna wysypka i pomniejsze reakcje uczuleniowe na osobników płci obojga (hu-hu-humaniści), którzy radośnie objawiają światu swoją twórczość, a wraz z nią ambitne plany na życie, gdzie rzeczony osobnik hu-hu-humanistyczny zostaje superzajebiściedobrzeznanym twórcą (alternatywnie – tffurcom) kultury popularnej (ktoś myli z masową?), przez prawdziwych znawców zwaną kulturą wysoką,  popełniając radośnie w owym komunikacie ponad trzy błędy ortograficzne i dyletancko traktując interpunkcję? Oczywiście wspieramy młodych twórców, szuka się perełek. A wszystko to tylko moje mylne wrażenie, że dzieci rodzą się teraz z wbudowaną orientacją na emtiwi i pomniejsze prostowniki zwojów mózgowych.

Ale ja chyba nadal nie o tym.

Meritum wtedyzmu jest tęsknota za przeszłością niezwykłą, wyidealizowaną niemal arkadyicznie (bo przecież arkadycznie byłoby głupio), przepuszczoną przez magiel wynaturzonych mrzonek i przesiąkniętą mityzacją rzeczywistości. Normalnie nie mam oczywiście nic przeciwko, ale dziś przesiąkłam (oprócz tego, ze przemokłam – wspaniała burza, b. angielsko) wtedystyczną ideą. I co tu dużo mówić?

Tęskno, samotnie. Wtedyistycznie.