Żar, co się z nieba leje, strumieniami po ciele mym młodym, wcale nie pięknym, spływa wierną rzeką. Mózg zbliża się niebezpiecznie do temperatury białko zabójczej i niedługo zamieni się w muskofom jajecznicę. Bon Apetit.
Kursujemy – do lodówki, jest zamrażarka. Chwilowy orgazm ręki szukającej lodu. Woda już nie bieżąca, bo w żółtym kubku, kosteczki (co trapezem są, w dodatku bryłą sześcienną) plum, plum, plum. Po chwili bez namysłu daje jeszcze jedno plum.
Królestwo za cytrynę. Jej oczywisty brak wbija się okrutnie w mą świadomość. Może kupić? Do najbliższego sklepu wiedzie droga przez piekło – nagrzany bruk, jeszcze bardzie nagrzany autobus i nagrzany sklep. Zbawienia brak, mhm, to ja może wypiję bez.
Coś twórczego trzeba zrobić, internetowa rejestracja, czy coś. Uh, bruk bruk bruk słońce słońce słońce. Ja w roli Palomy kuśtykam do pracowni internetowej. Toshi gotowy do współpracy, chłodny i logiczny jak zwykle, a mimo to otwarty odpowiednio (jesteśmy dla siebie stworzeni).
Odgrodzona od nieprzyjaznej dziś troposfery grubymi murami, połączona do globalnej sieci. Prozaicznie?
Wczoraj miałam graduation, teraz oficjalnie posiadam Certificate of Applied Theology (dodam do dyplomu z kursu obsługi kasy fiskalnej). Wkrótce równie oficjalnie będę w rączce mogła trzymać First Certificate in English. A najboleśniej, równie oficjalnie zapewne, okaże się, że nie uzyskałąm statusu studentki.
Tak więc szukam pracy. Czy ktoś mnie zatrudni?

