Jestem słodka.
Jak pączek, topiony w głębokim tłuszczu wiary i niewiary. Pokryta cała nieznośnie lepkim lukrem nadziei na lepsze jutro, które zawsze wymyka się w sekundę przed nastaniem. Otoczona i gnieciona w lawinie innych pączków. Czuję, jak nadmiar ich lukru obsypuje mnie i oblepia. Wióry starego cukru pączków niedzisiejszych, a więc niesmacznych, utytłane w lepkiej mazi świeżości. Przesiąknięte tłuszczem dni wczorajszych powietrze przyprawia mnie o mdłości. Mam ochotę wypchnąć grzęznącą w złowrogim cieście konfiturę różaną, czy też dżem truskawkowy. Nie wiem która esencja istnienia może być smaczniejsza.
Jak landrynka. Odarta z szeleszczącego odzienia wypadam z niezdarnych ust dziecka. Nieuchwytna, lekko zwilgotniała przez wychowanie i maniery czeluści kieszeni, toczę się radośnie po chodniku. Żółta i twarda, z maleńkim wgłębieniem w samym środku jestestwa, w które język wpycha się zbyt nachalnie. Uciekam goniącym mnie olbrzymom, którzy mamią mnie pocałunkami. Zbyt łakomie. Uciekam wprost w kilkudniowe odmęty szerokich kałuż, zapadam się w ich brudny mrok. Miałam płynąć z nurtem.
Jak kremówka od Meryka. Obsypana cudnym pudrem, pełna złudnych obietnic. Umykająca kolejnym kęsom, wciąż obiecująca nadzienie. Brak bitej śmietany rozczarowuje.
Jak pralinki. Omijana szerokim łukiem, odkładana na lepsze czasy, oczekująca na sprzyjającą ekonomię. Wybranka wybrańców. Próbowana przez burżujsko odważnych amatorów. Zawsze ostatnia ściągana z półki.
Jak czekolada. Posłusznie rozpływająca się na każde skinienie języka, kusząca, zawsze smaczna, zawsze dobra. Czekająca cierpliwie gromadząc miłosne soki pełne magnezu i endorfin. Zbawienna. Na wyciągnięcie ręki.
Jestem słodka?
Nie, ja jestem kapustą. Kiszoną.

