Monotonią wakacje się stabilizują – wstaje o 6 rano, o 7 mam pociąg, w którym spędzam półtorej godziny, potem kolejne pół zatłoczonym do granic, nie tylko możliwości, autobusem. Następnie pracująco mija kolejne osiem, w porywach do jedenastu, godzin. Wyłączając z tego minut dwadzieścia, danych pracownikom wspaniałomyślnie na spożycie posiłku, który jeszcze bardziej wspaniałomyślnie kosztuje złotówkę symboliczną. Następnie powtarza się schemat dojazdu, mimo odwróconej kolejności, nadal w zbliżonych proporcjach.
W czasowych okolicach połowy nocy jestem w domu. Stosując mobbing wobec siebie samej oprowadzam się jakoś do względnego porządku, po czym zapadam się w to moje za miękkie łóżko i niebieską satynę pościeli (postrzępioną już, dzięki Pyrze i Pietrusze) i do godziny szóstej rano nie ma mnie dla świata.
O jakimkolwiek dotykaniu komputera nie wspominam, chyba że muszę akurat go przestawić. To chyba coś w rodzaju odwyku.
Na razie karmię się perspektywą wyzwolenia się od długu. I dobrze. Uh.

