Posts Tagged ‘bezrobocie’

Pacowawszy

July 26, 2008

Monotonią wakacje się stabilizują – wstaje o 6 rano, o 7 mam pociąg, w którym spędzam półtorej godziny, potem kolejne pół zatłoczonym do granic, nie tylko możliwości, autobusem. Następnie pracująco mija kolejne osiem, w porywach do jedenastu, godzin. Wyłączając z tego minut dwadzieścia, danych pracownikom wspaniałomyślnie na spożycie posiłku, który jeszcze bardziej wspaniałomyślnie kosztuje złotówkę symboliczną. Następnie powtarza się schemat dojazdu, mimo odwróconej kolejności, nadal w zbliżonych proporcjach.

W czasowych okolicach połowy nocy jestem w domu. Stosując mobbing wobec siebie samej oprowadzam się jakoś do względnego porządku, po czym zapadam się w to moje za miękkie łóżko i niebieską satynę pościeli (postrzępioną już, dzięki Pyrze i Pietrusze) i do godziny szóstej rano nie ma mnie dla świata.

O jakimkolwiek dotykaniu komputera nie wspominam, chyba że muszę akurat go przestawić. To chyba coś w rodzaju odwyku.

Na razie karmię się perspektywą wyzwolenia się od długu. I dobrze. Uh.

A chmury wyglądały jakby właśnie usłyszały o śniegu i rozważały tę ideę.

June 19, 2008

Wracamy do pionu.

Rozpanoszyłam sie już w Polsce na dobre, przestawiam meble w pokoju, który mój niby ma być. W suficie nadal jest dziura, bo remont został odroczony na czas nieokreślony, ale oczywiście najbliższy.

Zameldowałam się czasowo tam, gdzie powinnam, zarejestrowałam się w Rejonowym Urzędzie Pracy, Tam też (w RUPie), dowiedziałam się, że jest ze mnie RUPieć i nie nadaję się do niczego, a na pewno nie stanowię łakomego kąska dla potencjalnego pracodawcy, który byłby w stanie płacić mi minimum krajowe i ubezpieczyć mnie na czas dłuższy. Dowiedziałam się również, że jeśli przypadkiem rozpocznę naukę w systemie dziennym, to muszę się wyrejestrować. Przy tym wszystkim powinnam wymienić dowód osobisty, bo zrobili błąd w sztuce wydawania nowych plastików, a wieczór osłodzono mi wiadomością z UAMu, że matura über alles i moje niematuralne certyfikaty i ozdobniki do CV na niewiele mi się zdadzą.

Przyjdzie mi się pożegnać z marzeniem o uczelni, poetyckiej tylko z nazwy.

Poranki mi się wydłużają przechodząc w półsen, okno wpuszcza zimno a niebo chmurne jest niezywkle.

Aż trudno uwierzyć, że to czerwiec się kończy powoli.

no przecież

May 31, 2008

Żar, co się z nieba leje, strumieniami po ciele mym młodym, wcale nie pięknym, spływa wierną rzeką. Mózg zbliża się niebezpiecznie do temperatury białko zabójczej i niedługo zamieni się w muskofom jajecznicę. Bon Apetit.

Kursujemy – do lodówki, jest zamrażarka. Chwilowy orgazm ręki szukającej lodu. Woda już nie bieżąca, bo w żółtym kubku, kosteczki (co trapezem są, w dodatku bryłą sześcienną) plum, plum, plum. Po chwili bez namysłu daje jeszcze jedno plum.

Królestwo za cytrynę. Jej oczywisty brak wbija się okrutnie w mą świadomość. Może kupić? Do najbliższego sklepu wiedzie droga przez piekło – nagrzany bruk, jeszcze bardzie nagrzany autobus i nagrzany sklep. Zbawienia brak, mhm, to ja może wypiję bez.

Coś twórczego trzeba zrobić, internetowa rejestracja, czy coś. Uh, bruk bruk bruk słońce słońce słońce. Ja w roli Palomy kuśtykam do pracowni internetowej. Toshi gotowy do współpracy, chłodny i logiczny jak zwykle, a mimo to otwarty odpowiednio (jesteśmy dla siebie stworzeni).

Odgrodzona od nieprzyjaznej dziś troposfery grubymi murami, połączona do globalnej sieci. Prozaicznie?

Wczoraj miałam graduation, teraz oficjalnie posiadam Certificate of Applied Theology (dodam do dyplomu z kursu obsługi kasy fiskalnej). Wkrótce równie oficjalnie będę w rączce mogła trzymać First Certificate in English. A najboleśniej, równie oficjalnie zapewne, okaże się, że nie uzyskałąm statusu studentki.

Tak więc szukam pracy. Czy ktoś mnie zatrudni?