W niewielkim miejskim smogu czuć już zapach jesieni. Pora nałożyć beret i przeprosić się z ciężkimi butami. Teraz całymi dniami mogę mieć muchy w nosie oraz bezkarnie prawie snuć się pod po ulubionych lokacjach i nikt nie będzie miał mi tego za złe. W końcu jest jesień.
A snuć się będę pewnie jeszcze przez jakiś czas, bo dobra passa w moim życiu wydaje się kończyć wraz z latem. Awans w pracy okazał się zagrożony pojawieniem się nowej osoby, która nie razi niekompetencją i najprawdopodobniej nadaje się na to stanowisko bardziej niż ja, a i uczelnia daje mi się we znaki. Nigdy mnie na niej nie ma, choć powinnam spędzać tam długie godziny. Możliwe, że zgodnie z przewidywaniami mojej matki “zawalę rok”. Nie pierwszy raz zresztą.
Do tego oczywiście dochodzą wszystkie smutki związane z zaprzestaniem prowadzenia bloga, jak przedsięwzięcia naznaczonego piętnem polonistycznej egzaltacji. Nic na to nie poradzę, taka moja natura – kiedy tylko zaczynam pisać, wychodzą z tego polonistyczne bazgroły, których przysięgłam się wystrzegać.
Zamiast tego poświęcam swój czas na oglądanie niemądrych, ale wizualnie bardzo przyjemnych, seriali oraz bycie domestic goddess. Ot, każdy spełnia się w czymś innym.
czy polonistyczna egzaltacja jest aż tak inna od niepolonistycznych?