[uwaga, notka może zawierać słowa powszechnie uznawane za wulgarne]
Jako niereformowalna wręcz interpretatorka przeszłości żyję w epoce funkcjonującej pod roboczym mianem wtedyzmu, ta wdzięczna nazwa (skądinąd odautorska) zawiera w sobie bowiem klucz do wszystkich zaczynków frustracyjnych, jakie kiedykolwiek byłam w stanie zamotać w słowa, albo chociaż upchnąć między wierszami. W końcu, co jest powszechnie prawdą powszechnie znaną, już nigdy nie będzie tak jak WTEDY. Co powinno napawać wszystkich zrozumiałym smutkiem (bo mnie na ten przykład napełnia kurewsko dobrze, po same brzegi), bo przecież WTEDY było tak dobrze. W sumie, tak dobrze, jak NIGDY. Założeniem programowym przedstawicieli epoki wtedyzmu jest oczywiście głębokie rozczarowanie zastaną rzeczywistością, skutkujące frustracjami rozlanymi na wszystkie przejawy twórczości, a nawet życia (wtedyści oddychają w cyniczny sposób). Powyższe oczywiście idzie w parze z wstrętem do zrywów idealistycznych pomysłów zmiany świata.
Wtedyści jednak mogą pozwolić sobie na luksus lania na rzeczywistość z góry założeń, aż po sam dół (cóż za rozkosznie dwojakie znaczenie) komunikacji. RL jest LOL, a w ogóle to ROTFL, głaskacze, sracze i BRB. Mam przeczucie, że opozycyjny jakiś obóz twórczy (np. taki wdupiemających albo życiemsięradujących, czy jakikolwiek inny), zapewne przy użyciu jakiejś (o tyleż błyskotliwej, co miałkiej) riposty sprowadziłby wszystko do roli bełkotliwej noci blogaskowej. Choć może nawet nie. Obecnie wystarczy emotka (emotkion-srikon).
Do czego właściwie zmierzam?
Ano do tego, że mierzi mnie ostatnio zbyt wiele rzeczy. Ale czyż nie powinno? Skoro już uzurpuję sobie tytuł chędożonej (e-e) filolożki, w takim wypadku czy nie będzie reakcją naturalną intelektualna wysypka i pomniejsze reakcje uczuleniowe na osobników płci obojga (hu-hu-humaniści), którzy radośnie objawiają światu swoją twórczość, a wraz z nią ambitne plany na życie, gdzie rzeczony osobnik hu-hu-humanistyczny zostaje superzajebiściedobrzeznanym twórcą (alternatywnie – tffurcom) kultury popularnej (ktoś myli z masową?), przez prawdziwych znawców zwaną kulturą wysoką, popełniając radośnie w owym komunikacie ponad trzy błędy ortograficzne i dyletancko traktując interpunkcję? Oczywiście wspieramy młodych twórców, szuka się perełek. A wszystko to tylko moje mylne wrażenie, że dzieci rodzą się teraz z wbudowaną orientacją na emtiwi i pomniejsze prostowniki zwojów mózgowych.
Ale ja chyba nadal nie o tym.
Meritum wtedyzmu jest tęsknota za przeszłością niezwykłą, wyidealizowaną niemal arkadyicznie (bo przecież arkadycznie byłoby głupio), przepuszczoną przez magiel wynaturzonych mrzonek i przesiąkniętą mityzacją rzeczywistości. Normalnie nie mam oczywiście nic przeciwko, ale dziś przesiąkłam (oprócz tego, ze przemokłam – wspaniała burza, b. angielsko) wtedystyczną ideą. I co tu dużo mówić?
Tęskno, samotnie. Wtedyistycznie.