Archive for May, 2008

no przecież

May 31, 2008

Żar, co się z nieba leje, strumieniami po ciele mym młodym, wcale nie pięknym, spływa wierną rzeką. Mózg zbliża się niebezpiecznie do temperatury białko zabójczej i niedługo zamieni się w muskofom jajecznicę. Bon Apetit.

Kursujemy – do lodówki, jest zamrażarka. Chwilowy orgazm ręki szukającej lodu. Woda już nie bieżąca, bo w żółtym kubku, kosteczki (co trapezem są, w dodatku bryłą sześcienną) plum, plum, plum. Po chwili bez namysłu daje jeszcze jedno plum.

Królestwo za cytrynę. Jej oczywisty brak wbija się okrutnie w mą świadomość. Może kupić? Do najbliższego sklepu wiedzie droga przez piekło – nagrzany bruk, jeszcze bardzie nagrzany autobus i nagrzany sklep. Zbawienia brak, mhm, to ja może wypiję bez.

Coś twórczego trzeba zrobić, internetowa rejestracja, czy coś. Uh, bruk bruk bruk słońce słońce słońce. Ja w roli Palomy kuśtykam do pracowni internetowej. Toshi gotowy do współpracy, chłodny i logiczny jak zwykle, a mimo to otwarty odpowiednio (jesteśmy dla siebie stworzeni).

Odgrodzona od nieprzyjaznej dziś troposfery grubymi murami, połączona do globalnej sieci. Prozaicznie?

Wczoraj miałam graduation, teraz oficjalnie posiadam Certificate of Applied Theology (dodam do dyplomu z kursu obsługi kasy fiskalnej). Wkrótce równie oficjalnie będę w rączce mogła trzymać First Certificate in English. A najboleśniej, równie oficjalnie zapewne, okaże się, że nie uzyskałąm statusu studentki.

Tak więc szukam pracy. Czy ktoś mnie zatrudni?

no no (vel. mhm, taa, mhm)

May 29, 2008

Empatyczne biorę do serca wszystkich skrzywdzonych tego świata, przytulam mocno do piersi prawej (nadal wydaje mi się większa) i w do-rany-mnie-przyłóż człowieka – opatrunek się zamieniam. Biedna dziewczyna, biedy chłopak, musieli to przeżyć ciężko.

<z głośnym tykaniem zegara mija czas, latojesieńzimawiosna, kilka razy zresztą>

Dosyć, przecież to nie koniec świata. Zamiast się żalić bezproduktywnie i przeinaczać nieznośnie fakty, żeby wybielić się nieco samemu i stworzyć obraz ofiary doskonałej i bezlitosnego oprawcy igrającego perfidnie z uczuciami, można przecież zająć się czymś. Zająć się sobą.

Psychologiczna głuchota?

Nie żebym na empatii straciła majątek, ale czuję się zmęczona uczuciowo obdarzając każdą napotkana osobę, która ma problem nie tyle nie do rozwiązania, co po prostu nie chcący rozwiązanym być.

Nie żebym miała coś przeciwko oczekiwaniu współczucia i ideologii bycia super ofiarą ludzi i losu, ale niekoniecznie mam dalej ochotę pełnić role antydepresantów, vel. prozacu.

Spotworniałam?

Przecież nie jest moją winą, ze nie potrafię sprostać ogromowi niesprawiedliwości na świecie przejawiającego się we wszelakich dziedzinach życia, a najbardziej w uczuciowej.

Dlaczego? Bo  Ew. Mateusza  23:12, czyli ofiarą być:

12. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.”

Wybitna pomyłka w interpretacji, przyjęta, zasymilowana i w powszechnym użyciu.

Ile razy słysząc jak to łanie nam w nowej bluzce/szaliku/czapce/kurtce/worku na śmieci z pseudo skromnym śmieszkiem zaprzeczamy, bo przecież to stare/brudne/ot tak założone/noszone dziesięć tysięcy razy. I nie chodzi wcale o to, że faktycznie nie czujemy się w tym dobrze/atrakcyjnie. Chodzi przecież o to, że jeden komplement to za mało. Więc co? Tak jak w świecie wg Brytni – gimme more!

Instynktownie zachowujemy się według schematu – poniżamy się przed potencjalnym pocieszycielem, a ów (ponieważ uczucie bycia lepszym, czy po prostu ukazywanie przez kogoś jego słabości powoduje, że sami czujemy się albo winni, albo gorsi, bo przypominamy sobie o słabościach własnych) daje się na to złapać i szybciutko stara się zaprzeczyć, podnieść poniżającemu się samoocenę. Niekoniecznie dlatego, żeby faktycznie pomóc i podnieść ową samoocenę, ale po prostu po co, żeby nie czuć się winnymi i słabszymi, a przecież nie chcemy o tym pamiętać.

Em, bałaganię i bredzę.

Bańką być

May 25, 2008

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Sen i przebudzenie

Serce moje straciło pół wagi
w casrnej kąpieli…
Pryszło kilka aniołów półnagich – - -
miłość ze mnie jak suknię zdjęli.

Kurczę się, ściemniam, zmieniam,
układam jak groch w łupinie -
zapominam własnego imienia
i czas mi przez głowę płynie.

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,
bezpiecznie żyję w niebycie.
Zapominam po prostu,
że jest życie.

Powinnam pozostać raczej
w tym świecie sinym!
bo na powierzchni płaczę,
jak Mojżesz w koszu z wikliny.

Budzę się, jak się budzi domniemany nieboszczyk,
z przebudzenia szczęśliwy i dumny,
zanim się nagle zatroszczy,
uderzywszy o ścianę trumny.

a kiedy przyjedzie na Ciebie czas? bo przyjdzie czas na Ciebie…