Prawdziwy krach na łamach tego blogowego przybytku zagościł. Okazuje się, że ja, skądinąd autorka i matka wszystkich tutejszych upośledzonych dzieciątek literackich, nie mam o czym pisać. Nie chodzi tu o żadne natchnione bajki o upragnionej mitycznej wenie spadającej na mnie niespodzianie, jak manna na koszerny Naród Wybrany. Po prostu brak mi prawdziwego tematu.
Problem zaczął się od pewnego usystematyzowania się tygodniowego porządku. Studia, studia, praca, praca. Gdzieś pomiędzy przewija się w umiarkowanym stopniu życie bardzo towarzyskie. Każdy temat umyka więc gdzieś pomiędzy przystankami tramwajowo-autobusowymi, a wszystko inne wydaje się albo zbyt miałkie od samego początku, albo miałkim jawi się zaraz po tym, kiedy kursor zaczyna zasrywać maczkiem pole edycji tekstu. Do tego wszystko działa już rozpraszająco – nawet me własne, umiłowane przecież, plejlisty o zabarwieniu muzycznym i paluszane fandango na klawiaturze.
To wszystko nie jest dla mnie nowe, zacięcia blogowe zdarzały mi się z mniejszą lub większą częstotliwością na przestrzeni internetowego bytowania. Tylko teraz niepomiernie mi wstyd. Namotałam przecież w adresach swoich publikacji, po czym owe publikacje wstrzymałam. Tylko brzydale tak postępują.
Zatem, mam nadzieję, ku uciesze gawiedzi, wystukuję kolejną notkę o tym, że niekoniecznie mam o czym tę notkę napisać. Zawsze bawił mnie ten koncept. Ponoć milczenie fucktycznie jest złotem i należy błogosławić tych, którzy nie ubierają w słowa tego, że nic nie mają do powiedzenia. Jednak wydaje mi się oczywistym, tak dla mnie, jak i dla stałych czytalców, że nigdy nie postrzegałam się ani jako zbytnio bogatej w cenne kruszce, ani tym bardziej namaszczonej ł(l?)aską Pana.
Tymczasem żegnam się ozięble, przystosowując się do pogody, na koniec wyrażając szczerą nadzieję, że niedługo (na dniach, wkrótce, czy jakkolwiek inaczej – byle nie poniewczasie) pojawi się tu w pełnym splendorze wpis z prawdziwego zdarzenia – taki z sensem i tematem, bez werbalnej obstrukcji.

