Depresyjne czasy nastały nam. Depresje powszechne, wrażliwość, smutek, serce na dłoni i dusza na ramieniu. Jesteśmy tak bardzo baaardzo miękcy. Nic dziwnego, że łatwo nas zranić. A ranić lubimy się także. Do tego stopnia, że gdy zbyt długo nie ubodzie nas szpila ludzkiego okrucieństwa, jesteśmy gotowi rzucić się na każde ostrze, byle tylko nie ugrzęznąć w mazi obojętności i zapomnienia.
Bo każdy chce być blisko kogoś. Nawet jeśli oznacza to kompromisowanie siebie samego i poświęcenie własnych zasad. Bo w końcu mam własne zasady.. choć może, skoro Ci się nie podobają, to ja mam też inne.
I w sumie dlaczego nie? Niby czemu żebracze kompromisowanie się, aby uzyskać choć cień zainteresowania, garstkę ciepłych słów. Jeden pocałunek wśród zieleni parku, pospieszny wdech, aby zachłysnąć się i zatrzymać w płucach głębię miłości.
I co w tym złego, że świat jest bez sensu? Oczywiście, że nie ma miłości, nie ma i nigdy nie było.
Popełniam.
April 28, 2009Bez fajerwerków
December 10, 2008Jakieś dziś mam myśli nieposkładane, odrobinę bardziej niż to dopuszczalne. Z niewybaczalnym sentymentem wracam do epoki angielskiej i za nic nie mogę się pozbyć wrażenia, że to tyleż nieuchronne, co zdradzieckie.
Drogi Wrogu, ostrzę dla Ciebie klingę.
Dziś trzy razy roześmiałam się do siebie, niepomna na brak przyczyn faktycznych. Być może to ze zmęczenia, choć bliżej mi w stronę interpretacji zdarzeń nazbyt emocjonalnie i upatruje źródła trzech uśmiechów raczej w Zawieszeniu Broni.
Ostatnio coraz rzadziej bywam Sumieniem. Coraz mniej we mnie zaangażowania w pracę. Coraz szybciej zamykam oczy. Coraz rzadziej słucham z uwagą.
Pamiętam nadal dotyk i zapach. Ten wrogi i ten nie. Ten nie przechowuję, jako plan na przyszłość, a ten wrogi śni mi się po nocach.
Więc coraz bardziej boję się zasnąć. I coraz częściej chce mi się spać.
Co u mnie?
August 13, 2008Na prozaiczne pytania odpowiedzieć najtrudniej. Sztuka wyczucia równowagi między zapożyczenie amerykańską kurtuazją a prawdziwym zainteresowaniem drugim człowiekiem jest niejednokrotnie trudniejsza, niż przeszczep zniszczonego brakiem miłości i nadmiarem życia serca. Tak więc, co u mnie?
I jak odpowiedzieć nie pomijając najmniejszego szczegółu, lub jak omijać rafy detali zbyt błahych? Żeby nie pominąć zachwytów nad obrazami z tafli okna pociągu, ale jednocześnie nie przywiązać się do nich za bardzo?
Co rano wstaję, ze skutkiem równie dobrym, lecz nie zawsze z taką samą łatwością. Witam się ze światem i poznaję codziennie ten, który wcześniej był skryty przede mną pod zasłoną snów najsłodszych, porannych. Cała w turkocie kół pociągowych dotaczam się do pracy, gdzie przez kolejne godziny, zwykle w porywach do nastu, rozsiewam uśmiechy i przyjmuję pieniądze. Na koniec podobną drogą dostaję się do domu, który nie jest moim domem.
Coś jeszcze?
Jestem sumieniem. Nie swoim, cudzym. Po pomyślnie odbytym okresie próbnym, na pełen etat. Nielimitowany czas pracy zmusza do pełnej dyspozycyjności, poważnie ograniczanej przez mój drugi etat, ten od turkoczących uśmiechów.
Jednak mój szef jest wyrozumiały i zdaje się cenić moją pracę na tyle, aby dostosowywać grafik do moich potrzeb. Nie sposób odmówić mu wdzięczności za ową wyrozumiałość. Zresztą, sama praca stanowi wyzwanie samo w sobie. Na tyle, że boję się pracować bez nadzoru. Mam w głowie milion różnych scenariuszy, w których jeden źle przyciśnięty przycisk wywołuje katastrofę, moje zwolnienie z pracy i nieodwracalne uszczerbki na zdrowiu kadry pracowniczej, o maszynach już nawet nie wspominając.
Tak więc jestem sumieniem. To trudna praca, ale radzę sobie.
Oprócz tego jestem kasjerką. Też sobie radzę.
Niedługo będę znów studentką. Poradzę sobie.
I będę już zawsze dzielna.
Nie poskładałam pościeli
August 2, 2008Przyjemnie w dotyku jest zmęczona nocą pościel. Nie ma nic przyjemniejszego niż poranny prysznic i spacer bladym świtem, rozkoszując się pięknem dookoła i podążanie w kierunku światełka w tunelu – absorbujących godzin pracy, która nie pozwala przecież na zanurzanie sie w odchłań emocyjek i uczuć pomniejszych.
A ja mimo tego znajduję na to czas. W międzyczasie kołyszącego się pociągu na powierzchnię wydostają się opary westchnień i zmuszają do powrotu do chwil dawnych, choć znowu nie tak bardzo. Wiele wody się od tego czasu przelało, wiele zmarnowanych szans minęło bezpowrotnie, kilka kumulacji totolotka przeszło koło nosa. A ja utknęłam na kolejnym siedzeniu, w kolejnym pojeździe komunikacji krajowej. Nieważne, że zmienił się nieco kierunek i siedzenie też nie ma takiego samego obicia. Towarzysze kilometrów mówią już zrozumiałym językiem i patrzą z tak dobrze znaną niepewna pogardą. Czuję się jak w domu.
Podróże kształcą, wiec dlaczego setki przebytych kilometrów nie nauczyły mnie nic więcej? Który ze światowej sławy kardiologów wytłumaczy mi, jakim sposobem ciało przemieszcza się, a serce tkwi uparcie w agonalnym uniesieniu, nie ruszając się z miejsca? Co antropolodzy powiedzą mi o instynkcie przetrwania, który nie chce objąć sterów i nadal prowadzi mnie w pułapki zastawione własnoręcznie?
Mam ochotę uciekać.
Albo do kina iść, ale nie chcę sama.
Głupie pytanie, głupia odpowiedź.
June 21, 2008Zmieniam się? Bardziej wrastam w kobiecość, czy to ona wrasta we mnie? I czy w ogóle sprawia to jakąkolwiek różnicę? Momenty mam teraz. Te bólu istnienia i nieznośnej lekkości bytu. Nie zawsze w tym samym czasie.
Przytulisz mnie? Nie, nie chcesz takiej kobiety. Dlaczego?
Czy złem była decyzja, że muszę żyć? Czy nadal powinnam się ciągle zastanawiać, czego ode mnie chcesz. Warować w miejscu, w którym mnie zostawiłeś i oszczekiwać ludzi, którzy chcą przygarnąć bezpańską sukę? Siedzę na rozstaju, choć smycz, która byłam przywiązana do korzeni już dawno puściła. Mam swobodę.
Co mnie trzyma? Błękit nieba przypominający ciągle o tym, jak zmieniał się kolor Twoich oczu. Zapach deszczu, który przypomina o chwilach, kiedy nie tylko ja czekałam. Szorstki ręcznik, ten sam, którym okryta wychodziłam Ci na spotkanie. Zbyt miękki materac, bo i tamten był za miękki.
I dlatego czekam, choć przecież mam swobodę.
Sto litrów miłości
May 17, 2008Chcę mieć szansę, żeby dziwnie przyzwyczajać się do patrzenia w oczy i trzymania ręki ciepłej, bardzo cudzej, kiedy grzmi. Nie chcę tęsknić i czekać, dopóki szarość nie wypełni pokoju i nie przeleje się we mnie, ukrywając się przed oparami dnia.
Nie lubię już siedzieć z człowiekiem naprzeciwko i pić herbaty, pozwalając nabijać sobie wewnętrzne siniaki przez świadomość, że przeminie, że nie będzie, że to iluzja jest.
Nie wiem już która to godzina, czas ucieka mi niepostrzeżenie. Nie martwię się jego utratą, martwi mnie błahość wypełnienia. Ze wstrętem do pożyteczności działań odrzucam wszystko, co robic powinnam. Nakręcam koło fortuny, prowokuję lawinę zdarzeń, planuję mało rytuale samobójstwo.
Prozaicznie:
Wydalam resztki funduszy na sprawienie przyjemności komuś, kto nie uważa nawet za stosowne przepraszać, za wyrządzone krzywdy. Jestem wierną kobietą.
widowisko
April 28, 2008Oczywiście po kobiecemu dalej nie mogę się wyplątać ze swoich własnych frustracji, kompleksów, uczuć i pomniejszych rozterek. Żądza mną zawładnęła, wabi mnie trzema orgazmami i zmęczeniem ciała. W łóżku nie czeka nikt, serce nie musi niespokojnie być. Gdzieś w świecie czają sie cienie mężczyzn chcących mną mnie czekać, wirtualni bardziej niż ja sama.
Dotykiem swoich dłoni ciała uspokajać nie mogę i nie chcę. Pragnę coraz bardziej, coraz mocniej, coraz częściej. Odsuwam nieznośne niespełnienie na krańce jaźni. Nienawidzę siebie za wszystkie uczucia, które mogą mną szarpać z zaciekłością hien, a ja stoję z boku i z masochistycznym upodobaniem obserwuję to widowisko. Bez cienia wypaczonego humanitaryzmu, który mógłby mi podyktować choćby dobicie ofiary, z nienasyceniem widza walk gladiatorów obserwuję jak części mnie przywłaszczane są przez kolejne hieny, coraz mniej zostawiając mi szans na przeżycie. NIc nie zrobię. Nic nie zrobię.
Bierzcie mnie.
Jeśli
April 20, 2008Jeśli ktoś kiedy odważył się powiedzieć, że życie jest darem, jest pewne, że jest to mężczyzna lub też wypaczona mężowskimi poglądami matrona, matka dziewięciorga dzieci, z której umiejętności percepcji intuicyjnej wyssały owe bachorki powodujące zwiotczałość pięknych piersi i frustracje seksualne małżonka, który (biedaczek) musi się wylądować na młodej, jędrnej pannicy, w wieku przyjemnie zbliżonym do pierworodnego pacholątka męża owego.
W byciu żywym jest tak zaskakująco mało chwil, które pozwalają mieć nadzieję na lepsze jutro, bądź przynajmniej orgazm wielokrotny, że idiotyzmem jest starać się na siłę nadać mu wartości. I to niemalże tak wielkim, jak próba pomnożenia przez zero, za którą podstarzale przystojny matematyk karcił spojrzeniem pożądliwym oczu niegdyś błękitnych.
W ganianego z sensem nie ma potrzeby najmniejszej się bawić. Bezcelowość gonienia króliczka może bawić tylko ludzi XY. Inteligentniejsze formy życia (gdzie z zerowym zdumieniem dojrzeć można masy XY, prześladowanych zazwyczaj impotencją chwilową lub, w skrajnych przypadkach, trwałą) dostrzegają bez trudu ową bezcelowość i poświęcają się agonii zapełniania pustki, pogrążają się w marazmie, albo sypiają z kim popadnie.
Tak więc… Kto mnie przeleci dziś?
Nad ranem
April 13, 2008Tuż nad ranem kiedy pod skóra nieba zaczyna pulsować bólem świtu, uderzam głową o ścianę rozsądnych uprzedzeń nabytych przed osiemnastym rokiem życia, które mają determinować moje wybory w dorosłym życiu tak zwanym. Poniekąd sennie przymykam oczy, choć bardziej ciąży mi pragnienie usunięcia z widoku świata i zatopienie się w chwilowa chociaż ułudę nieistnienia.
Brak prawdziwych problemów prowadzi mnie nad skraj przepaści, ręka w rękę z rozchwianiem emocjonalnym. Równowagę tracę przy najmniejszym podmuchu halnych nastrojów. Mam ochotę tupnac nogą niekobieco obuta w glana i zakrzyknąć głośno, głosem piskliwym, że mam to w miejscu gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, a gdzie uciążliwy cellulitis się pojawia często zbyt.
Dlaczego kobietą być potrafię tylko w mężczyzny ramionach?
Kawa
April 2, 2008Nieznośnie biały kubek bierze w kraby ciemną dusze kawy. Jak kochanek, z każdym pocałunkiem wlewa we mnie gorycz i wgryza się w język intensywnym smakiem niesmaku. Paznokcie, które z zapomnianych już przyczyn pomalowane intensywnie ciemnym lakierem połyskują karminem, pieszczą kubek dotykiem naznaczonym silnym podtekstem. wyimaginowany warkocz pragnień zsuwa mi się z ramion na plecy, które z równie wyimaginowaną niewinnością pochylają się na drewnianym stołem. Zapach drewna przywodzi na myśl dom.
Policzek przywiera do chłodno drewnianego blatu. W nozdrza napływa ciepły zapach rozlanej wcześniej kawy. Dłoń na białym, białym kubku, czarna dusza.
Marazm.
