O kryzysie (znów).

October 18, 2009

Prawdziwy krach na łamach tego blogowego przybytku zagościł. Okazuje się, że ja, skądinąd autorka i matka wszystkich tutejszych upośledzonych dzieciątek literackich, nie mam o czym pisać. Nie chodzi tu o żadne natchnione bajki o upragnionej mitycznej wenie spadającej na mnie niespodzianie, jak manna na koszerny Naród Wybrany. Po prostu brak mi prawdziwego tematu.

Problem zaczął się od pewnego usystematyzowania się tygodniowego porządku. Studia, studia, praca, praca. Gdzieś pomiędzy przewija się w umiarkowanym stopniu życie bardzo towarzyskie. Każdy temat umyka więc gdzieś pomiędzy przystankami tramwajowo-autobusowymi, a wszystko inne wydaje się albo zbyt miałkie od samego początku, albo miałkim jawi się zaraz po tym, kiedy kursor zaczyna zasrywać maczkiem pole edycji tekstu. Do tego wszystko działa już rozpraszająco – nawet me własne, umiłowane przecież, plejlisty o zabarwieniu muzycznym i paluszane fandango na klawiaturze.

To wszystko nie jest dla mnie nowe, zacięcia blogowe zdarzały mi się z mniejszą lub większą częstotliwością na przestrzeni internetowego bytowania. Tylko teraz niepomiernie mi wstyd. Namotałam przecież w adresach swoich publikacji, po czym owe publikacje wstrzymałam. Tylko brzydale tak postępują.

Zatem, mam nadzieję, ku uciesze gawiedzi, wystukuję kolejną notkę o tym, że niekoniecznie mam o czym tę notkę napisać. Zawsze bawił mnie ten koncept. Ponoć milczenie fucktycznie jest złotem i należy błogosławić tych, którzy nie ubierają w słowa tego, że nic nie mają do powiedzenia. Jednak wydaje mi się oczywistym, tak dla mnie, jak i dla stałych czytalców, że nigdy nie postrzegałam się ani jako zbytnio bogatej w cenne kruszce, ani tym bardziej namaszczonej ł(l?)aską Pana.

Tymczasem żegnam się ozięble, przystosowując się do pogody, na koniec wyrażając szczerą nadzieję, że niedługo (na dniach, wkrótce, czy jakkolwiek inaczej – byle nie poniewczasie) pojawi się tu w pełnym splendorze wpis z prawdziwego zdarzenia – taki z sensem i tematem, bez werbalnej obstrukcji.


Tylko złote.

October 3, 2009

Ponieważ nienaturalnym byłoby położenie się spać po dniu pełnym pracy, uskuteczniam wszelakie inne metody spędzania czasu nocnego. Przechadzając się i przeskakując z jednej listy odtwarzania do drugiej, prawie mimowolnie, wydałam na świat tę oto sobotnią listę przebojów z godz. 4:03, a którą to listę radośnie i dumnie (jak na nowo upieczoną mateczkę przystało) wydaję na widok publiczny. Nacieszcie oka i uchy.

1. Deep Purle – Child In Time 10:11
2. Blondie – One Way Or Another 3:26
3. Heart – Barrakuda 4:23
4. David Bowie – Let’s Dance 4:05
5. The La’s – There She Goes 2:41
6. ALICE COOPER – POISON 4:24
7. Scorpions – Wind Of Change 5:07
8. ZZ Top – Viva Las Vegas 4:37
9. Soundgarden – Black Hole Sun /Album Version/ 5:18
10. DIE TOTEN HOSEN – PUSHED AGAIN 3:51
11. PLACEBO – EVERY YOU EVERY ME 3:33
12. Korn – Falling Away From Me 4:26
13. Train – Drops Of Jupiter 4:18
14. Chris Cornell – Billie Jean 4:40
15. Coldplay – Clocks 5:00
16. THE KOOKS – OOH LA 3:21
17. Marilyn Manson – Rock Is Dead  3:10

___________
zastanawia mnie tylko, dlaczego nie mogę wyjustować tekstu.


Nowe miejsce

October 1, 2009

Bez żadnego powodu postanowiłam zmienić miejsce blogowego zamieszkania. Cała historia internetowego blogowania została przeniesiona tutaj dzięki uprzejmości administracji łordpresowej, która na takie fanaberie pozwala.

Witam w moim nowym domu. Można się rozgościć.