Niby nic.

Nie można (czyli ja nie mogę) jednoznacznie określić tego, dlaczego znowu reanimuję bloga, jednak zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli nie przestanę w każdym wpisie poświęcać akapit na ubolewanie nad faktem nie-pisania i nie-prowadzenia tegoż bloga właśnie, to powinno mi się skasować jak najszybciej konto i zakazać blogowania do końca internetowego życia.

 

A owo internetowe życie może wcale nie potrwać jakoś specjalnie długo. Przez internet przetoczyła się burza o nazwie SOPA, a w Polszy kochanej – ACTA. Mnie, głupiutkiej użytkowniczce internetu, trudno jest zrozumieć z czym to się je tak naprawdę, ale z niewielkiej części, którą faktycznie zrozumiałam, wnioskuję, że nie jest to rzecz dobra.

Po uproszczeniu wszystkich skomplikowanych przekazów wyszło mi, że SOPA/ACTA to nic innego, jak cenzura na rzecz złych i bogatych ludzi, którzy produkują kinowy szmelc. I te wszystkie fantastyczne seriale.

I co teraz będzie?

Poznański spleen.

W niewielkim miejskim smogu czuć już zapach jesieni. Pora nałożyć beret i przeprosić się z ciężkimi butami. Teraz całymi dniami mogę mieć muchy w nosie oraz bezkarnie prawie snuć się pod po ulubionych lokacjach i nikt nie będzie miał mi tego za złe. W końcu jest jesień.

A snuć się będę pewnie jeszcze przez jakiś czas, bo dobra passa w moim życiu wydaje się kończyć wraz z latem. Awans w pracy okazał się zagrożony pojawieniem się nowej osoby, która nie razi niekompetencją i najprawdopodobniej nadaje się na to stanowisko bardziej niż ja, a i uczelnia daje mi się we znaki. Nigdy mnie na niej nie ma, choć powinnam spędzać tam długie godziny. Możliwe, że zgodnie z przewidywaniami mojej matki “zawalę rok”. Nie pierwszy raz zresztą.

Do tego oczywiście dochodzą wszystkie smutki związane z zaprzestaniem prowadzenia bloga, jak przedsięwzięcia naznaczonego piętnem polonistycznej egzaltacji. Nic na to nie poradzę, taka moja natura – kiedy tylko zaczynam pisać, wychodzą z tego polonistyczne bazgroły, których przysięgłam się wystrzegać.

Zamiast tego poświęcam swój czas na oglądanie niemądrych, ale wizualnie bardzo przyjemnych, seriali oraz bycie domestic goddess. Ot, każdy spełnia się w czymś innym.

pracując

Zdecydowanie jestem zdania, że człowiek nie musi pracować i robi to tylko dla pieniędzy. Przynajmniej ja robię to tylko dla pieniędzy.
W chwili obecnej rzadko mam poważny powód, żeby skarżyć się na swoją pracę. Oczywiście, oprócz tego, że zmuszona jestem wtedy pracować, a to, jak powszechnie wiadomo, należy do męczących czynności.

Lokal, w którym pracuję dostarcza mi wielu rozrywek, a jednocześnie atmosfera pracy nie jest stresująca. Na ogół. Zdarzają się oczywiście męczący pijaczkowie dwóch kategorii – Ci, którzy mają problem ze zrozumieniem przekazywanych im informacji (przykład komunikatu – proszę wyjść), oraz tacy, którzy czują potrzebę zaszczycenia mnie możliwością wysłuchania historii ich życia. W kategorii uciążliwości stoją oni na równi, jednak przyznaję bez bicia – wolę drugą kategorię.

Nowym doświadczeniem jest natomiast bardzo szybko kurcząca się strefa mojej anonimowości. Nawet chodząc po mieście jestem teraz na cenzurowanym, bo w każdym kącie czai się jakiś znajomy spijacz trunków alkoholowych.

Gubię wątek między jednym, a drugim piwem. Nie wyjdzie mi pisanie.